dodatek ilustrowany do niczego

Fotografia Koncertowa - do poczytania

Ktoś powiedział, że fotografia koncertowa jest trudna, bo zastajemy warunki oświetleniowe, na które kompletnie nie mamy wpływu. Z drugiej strony fotografia koncertowa jest łatwa, bo... zastajemy warunki oświetleniowe na które kompletnie nie mamy wpływu. Ten ktoś miał rację. Zapomniał tylko o jednej, dość częstej sytuacji - kiedy zastajemy warunki oświetleniowe wymagające użycia noktowizora, ale o tym później.

Czym w ogóle jest fotografia koncertowa? Bo że jest, wątpliwości być nie może, skoro są zdjęcia z koncertów. Fotografia taka to mieszanka fotografii dokumentalnej, reportażowej, społecznej wraz z fotografią autorską czy nawet artystyczną. Który z elementów tej sałatki przeważa, a który jest jedynie przyprawą zależy od autora zdjęć i celu, w jakim powstają. Najlepiej, jeśli jest doskonałą zabawą dla fotografa. Wtedy jest cacy.


Photopass - czyli przepustka do raju.

Żeby powstało zdjęcie koncertowe zazwyczaj potrzebna jest akredytacja, czyli zgoda organizatora koncertu (lub managera artysty) na wykonanie zdjęć podczas występu. Nazywamy to photopass'em. Akredytacja jest jednorazową "przepustką" na jeden koncert i zazwyczaj jest mylona z legitymacją dziennikarską. Ta druga jest kompletnie nieistotna, interesuje się nią bowiem jedynie BOR i Straż Marszałkowska w Sejmie (czasem mało doświadczeni organizatorzy uczelnianych Juwenaliów w osobach reprezentujących jakieś tam samorządy uczelniane, ale to przypadki kompletnie marginalne). O photopass'a trzeba wystąpić znacznie wcześniej niż w przed dzień koncertu. Zwykle, zanim się go otrzyma trzeba wskazać po co i dla kogo powstanie materiał. Jeśli masz za sobą kilkadziesiąt sfotografowanych koncertów i długą listę numerów w telefonie będzie ci znacznie łatwiej.


W fosie - czyli o kurde, co teraz?

Photopass zazwyczaj pozwala na wejście do tzw. fosy, czyli ziemi niczyjej między sceną a publicznością. Najczęściej na pierwsze trzy numery. Często z zakazem używania lampy błyskowej. Potem twój los biegnie według różnych scenariuszy: zostajesz na widowni i chowasz aparat lub oddajesz go do depozytu, wylatujesz z koncertu jakimś bocznym wyjściem, zostajesz do końca, bo poza passem masz jeszcze ważny bilet (a sprzęt do depozytu, bo sprzęt biletu nie ma). Czasem bywa, że zasady zaskoczą cię. Może okazać się, że nie ma fosy, że fotografować można tylko z jednej strony sceny, że tylko podczas bisów i braw, że tylko z balkonu, z loży prasowej, że trzy pierwsze numery, ale tylko po120 sekund każdego z nich... Może się zdarzyć też, że fotografując podczas drugiego utworu nagle jesteś proszony o wyjście z fosy, choć jeszcze przed chwilą wszyscy uparcie powtarzali ci "pamiętaj - 3 pierwsze" i dla podkreślenia komunikatu pokazywali ci trzy palce. Teraz pokazują już tylko dwa, by za chwilę pokazać jeden. Nie martw się, zdarza się też, że możesz fotografować bez przeszkód cały koncert. Jednak zdarza się to raczej rzadziej.

W fosie poza innymi kolegami fotografami znajdują się ludzie z ochrony i techniczni. Każdy ma tam swoje zdania i nikt nie lubi jak mu się przeszkadza. Techniczni nie lubią jak się chodzi po kablach i opiera o nagłośnienie. Ochrona nie lubi być ignorowana. Fotografowanie nie cierpią być potrącani, nie znoszą, kiedy ktoś włazi w kadr lub przed nos albo fotografuje aparatem uniesionym nad głowę. Nikt nie lubi potykać się o pozostawioną bez opieki torbę foto lub być trącany plecakiem przy każdym twoim obrocie. Każdy lubi, jak pozostali zachowują się w sposób przewidywalny i życzliwy. Ty mi ustąpisz miejsca, za chwilę ja tobie. Posiadanie oczu z tyłu głowy pozwoli uniknąć wielu niepotrzebny spięć i kopnięć. Będąc w fosie (o ile fosa jest) przede wszystkim musisz pamiętać, że przeszkadzasz publiczności. Musisz też być świadomy, że czasem w fosie nagle znajdują się widzowie. Zwykle nadciągają zupełnie niespodziewanie z kierunku górno-tylnego w stosunku do twojej głowy. Najpierw wpadają glany a później pozostałe elementy widza. Trafia się, że ktoś cię takim glanem trafi. Takie ryzyko, coby nudno nie było. Pół biedy jak dostaniesz w łeb, gorzej, jak obiektyw na stałe zmieni swoje parametry.


Wujek dobra rada - czyli o czym nie pomyślałem za pierwszym razem.

Fosa to dobre miejsce dla głuchych. Wszyscy pozostali powinni się zabezpieczyć. Najlepiej stoperami. Nie ma już większego znaczenia jakimi (ja używam najtańszych, kupowanych w aptece za rogiem po 2-3 złote za parę). Nie ma znaczenia jak często fotografujesz koncerty. Kilka razy w tygodniu czy raz na miesiąc. Przebywanie kilkadziesiąt centymetrów od potężnego zestawu nagłośniającego sieje dramatyczne spustoszenie w twoim słuchu. Bóle głowy, pisko-gwizdy czy inne, z początku nawet niezauważalne dolegliwości z czasem przeradzają się w poważne problemy ze słuchem. Niedawno Moby włączył się do szerokiej kampanii mającej na celu ograniczenie "mocy" empetrójek i ajpodów, z drugiej propagowanie używania stoperów na koncertach w strefach najbliższych scenie. Stopery są fajne. I bez obawy, wiele nie stracisz z koncertu. Stopery odetną po porstu najbardziej szkodliwe zakresy dźwięków oraz zredukują pozostałe. I tak będziesz słyszał wszystko, choćby poprzez kości swojej czaszki. W samej fosie i jej bezpośredniej bliskości ciśnienie akustyczne jest tak duże, że kości czachy działają jak membrany, ale za to stoperami osłonisz swoje bębenki, które przydadzą ci się po koncercie. Ze stoperami w uszach spokojnie skomunikujesz się z kolegą w fosie lub ochroniarzem, umiejętność czytania z ruchu ust nie jest konieczna.

Fotografa koncertowego poznasz po monopodzie. W samej fosie jest on średnio przydatny, ale za to z większych odległości, przy ogniskowych powyżej 130mm jest jak znalazł. Zwłaszcza przy skąpym świetle scenicznym. Raz, że twój aparat wraz z jakiś teleobiektywem może ważyć swoje i utrzymanie go dłużej przy źrenicy może okazać się niewykonalne; to dwa: utrzymanie czasu 1/15 sekundy stojąc w falującym tłumie jest praktycznie niemożliwe. Co innego jeśli całość oprzesz spokojnie na monopodzie. Statyw w ogóle zostaw w domu. Tutaj ci się nie przyda.


Autor bloga po lewej stronie (niebiesko-biała bluza) w fosie. Fot. Konrad Łaszczyński / FOTO360


Bardziej zaciekłego fotografa koncertowego poznasz po targanej wszędzie dwustopniowej drabince (do nabyć w większych marketach budowlanych). Każdemu, nie tylko tym o wzroście poniżej 175cm przyda się dodatkowe 30cm. Po co? By zmienić perspektywę. By przy "bliskiej" scenie móc sfotografować błysk szaleństwa w oku wokalisty a nie plomby w jego uzębieniu i włosy w nosie. By przy wysokiej scenie mieć choć jedno zdjęcie z wycofanym perkusistą. Drabinki (zwanej czasem taboretem) nie sposób przecenić fotografując scenę zza pleców podekscytowanego tłumu. Jeśli podobają ci się ujęcia sceny, gdzie na pierwszym planie, gdzieś na dole widzisz pięści, V-ki czy szatanki albo ludzi niesionych na rękach pod scenę - możesz być pewien, że fotograf wlazł na drabinkę (i prawdopodobnie użył monopodu).

Najpopularniejszym zakazem z jakim się spotkasz przy fotografowaniu koncertów jest zakaz używania flesza. Co jak co, ale to ma akurat głęboki sens. Po pierwsze, lampa zazwyczaj zabija ciekawą grę barw i odcieni jaką serwuje nam lightman. Po drugie, nie wiem, czy nie ważniejsze, lampa błyskowa, zwłaszcza ta profi, jest dość potężna i skutecznie przeszkadza muzykom na scenie. Dostając błyskotliwego strzała prosto w gały stosunkowo łatwo o zgubienie rytmu, pomyłkę w tekście czy inną spektakularną wywrotkę. Flesz dekoncentruje i irytuje. Znam muzyków, którzy twierdzą, że im to kompletnie wisi, ale lepiej bezpiecznie przyjąć zasadę, że lampa zostaje w torbie. W określonych warunkach lampa może okazać się jednak nieodzowna. W małych, słabo oświetlonych klubach, podczas punkowych czy hard corowych gigów zazwyczaj można jej używać i to z rewelacyjnymi efektami. Zwłaszcza jak ma się jakieś pojęcie o synchronizacji na tylną kurtynę. Wtedy i matryca zdąży zarejestrować grę świateł i błysk zdąży dodać dynamiki i ekspresji zdjęciu. Niemniej zawsze warto uzyskać zgodę na używanie błyskotki. Skoro koncert jest kameralny, to łatwo dostaniesz się do muzyków czy managera sceny o się dowiesz. Nadal jednak musisz pamiętać, że pod sceną nie jesteś sam. Są inni fotografujący. I nawet jak używasz flesza tylko do podświetlenia bawiących się widzów, to zawsze bądź czujny, czy nie walisz po oczach innym fotografom. Nie ma nic bardziej rozkosznego, niż dysponując ograniczonym czasem na fotografowanie dostać kilka niespodziewanych luksów po źrenicach. Wtedy zawsze mam ochotę użyć monopodu raczej inaczej niż z jego przeznaczeniem.


Tornister z kamieniami - czyli jestem wielbłądem.

Tornister z kamieniami, czyli twoja ciężka torba lub plecak ze szkłem. Podczas fotografowania koncertów przydadzą ci się jedynie jasne obiektywy. Światło 2.8 lub lepsze. Oczywiście ciemniejsze słoiki nie dyskwalifikują cię, ale będziesz musiał się pogodzić ze znacznym odsetkiem zdjęć nadających się jedynie do skasowania. Sam używałem tele ze światłami 3.5 i 4.0 i wiem jak to boli. Od biedy wystarczą ci szkła pokrywające ogniskowe od 18-20mm gdzieś do 200mm. Dość popularnym jest klasyczne 70-200mm ze stałym światłem 2.8 i do tego jakiś szerszy kąt (też jasny). Jeśli jesteś bogaty z domu to przyjemnym uzupełnieniem będą obiektywy stałoogniskowe (np.: 30 i 50mm). Zapewnią one bardzo ciekawą (lepszą niż zmiennoogniskowe) plastykę obrazu oferując przy tym światło 1.7 lub jeszcze fajniejsze (pamiętamy o ciemnych, małych klubach, gdzie tele jest mało przydatne).


Autor bloga w fosie (w centrum - czerwona bluza). Praktyczne zastosowanie drabinki przez kurdupla. Fot. Konrad Łaszczyński / FOTO360


Najlepiej, jeśli wszystkie te zabawki będziesz przykręcał do jakiegoś co najmniej średnio zaawansowanego korpusu. Nie o to chodzi, by wyglądał poważnie, ale o to, by zastosowana w nim matryca radziła sobie przy wyższych czułościach, rzędu 800-1600. Dziś są dostępne korpusy pozwalające na "bezszumowe" rejestrowanie obrazu przy 3200 i wyższym ISO (informacje o nich znajdziesz na każdym forum prawie każdego producenta), jednak takie cuda są mi na razie kompletnie obce. Przy odrobinie doświadczenia można sobie spokojnie poradzić przy 800 ISO z jasnymi szkłami. Czasem trzeba będzie pobawić się redukcją ekspozycji bądź innymi parametrami by zdobyć jakiś ciekawie i dobrze naświetlony kadr. W tych warunkach, o tzw. matrycowym pomiarze światła raczej zapomnij. Do wybory pozostaje zatem albo punktowy albo centralny ważony. To w zupełności wystarcza.

Bardzo praktycznym rozwiązaniem jest fotografowanie dwoma korpusami z przypiętymi różnymi szkłami. Do jednego aparatu wkręcamy coś szerokiego, do drugiego coś dłuższego. W ten sposób przy bardzo szybkich zmianach sytuacji na scenie nie tracisz czasu na paniczne przepinanie obiektywów. Tu liczą się ułamki sekund, a to co najważniejsze zdarzy się w chwili, kiedy pierwszy obiektyw będzie już wypięty a drugi jeszcze nie wpięty w aparat. I zdjęcie życia przeszło koło nosa. Musisz jednak pamiętać, że decydując się na pracę dwoma korpusami narażasz się na żarty współtowarzyszy fosowego życia, jak autor tego tekstu...

A teraz, jak powstają twoje foty, gdy mnie ktoś tak spyta...


Warszawa, październik/listopad 2008r.



Chcesz oglądać zdjęcia koncertowe? Idź tędy.
Chcesz zobaczyć wszystkie zdjęcia? Idź tu.
A tu przeczytasz słowo o mnie a tu znajdziesz portfolio.

FotoAmatorszczyzna on Facebook

Goście:

Autor: artur.rawicz[at]aster.pl