dodatek ilustrowany do niczego
piątek, 31 października 2008
Importowanych świąt nie lubię. Nie było ich, kiedy uczyłem się żyć. Były goździki na dzień kobiet. Ale to, co zobaczyłem wracając z koncertu Lizz Wright (relacja niebawem) rozbawiło mnie...



To nie streetphoto. Dziewczęta wyraziły zgodę.
23:54, arawicz , inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 października 2008
Właściwie to nic odkrywczego, ani nic świeżego. Kilka numerów mogło się podobać, w kilku teksty nazbyt pretensjonalne. Raczej nie między Comą a Wilkami jak stwierdził jeden z kolegów z fosy, ale chwilami zabawnie było. Muzycznie natomiast, mimo trącenia myszką - baardzo dobrze. Wolałbym 'old schoolowe' cytaty niż uparte granie na starą modłę, nie mniej z graniem źle nie było. O czym mowa? O Kruku. Supportowali Thin Lizzy. Kiedyś grali również przed UFO, też w Stodole. Więcej o Kruku dowiedziecie się z ich strony niż ode mnie. Ja mogę jedynie pokazać, co wpadło mi w oko przez obiektyw...






















Jesteśmy w środku sezonu koncertowego. W chwili kiedy piszę te słowa w Warszawie gra Homo Twist a Lipali pewnie już jest po bisach. W piątek natomiast balsam kokosowy, paczkę miętusów i antidotum na riffy przyniesie Lizz Wright. A listopad zapowiada się bardzo ciekawie.
wtorek, 28 października 2008
Per analogia do takich gigantów jak The Doors czy Queen przy okazji koncertów Thin Lizzy zawsze wracać będzie pytanie, czy grupa po śmierci lidera powinna nadal grać? Morrison, Mercury i Phill Lynott nagrywają już tylko w niebiańskiej wytwórni. Niezależnie od tego, co mówią pozostali przy życiu członkowie zespołów (w tym przypadku: występujemy jako tribute band pamięci Phill'a), według mnie to zawsze ociera się o odcinanie kuponów. W końcu w Dublinie stoi wielki pomnik Lynott'a. Ale może to dobrze, że sztandar nadal powiewa, a tak ważne grupy od czasu do czasu przypomną o sobie i swoim dorobku?

Thin Lizzy powstaje 1969 roku(!) w Dublinie z inicjatywy basisty, kompozytora i wokalisty Lynott'a. Będący pod silnym wpływem Dylana i Vana Morrisona lider grupy szybko wprowadza zespół na szczyty. Numery takie jak Whiskey in the JarBoys Are Back in Town czy Jaillbreak są dziś uznawane za jedne z ważniejszych kamieni milowych hard rocka czy metalu, a do inspiracji Thin Lizzy od lat otwarcie przyznają się różni wykonawcy z pierwszej ligi. Bruce Dickinson twierdzi nawet, że gdyby nie Irlandczycy to nie byłoby Iron Maiden (właśnie Live After Death żwawo kręci się w szufladce). Nie trudno się domyśleć, że przez Thin Lizzy przewinęła się cała plejada muzyków z Gary Moor'em na czele. Tego ostatniego na jednej z tras koncertowych zastąpił nawet Midge Ure (pamiętacie Ultravox ich hipnotyczną Vienę?)

Koncert w Stodole był szczególny, i to nie tylko dlatego, że po raz pierwszy od daaawna czułem, że w końcu zaniżam średnią wieku na widowni a nie tetrycznie zawyżam :) Do mojej prywatnej historii spotkań z muzyką ten wieczór przejdzie z dwóch powodów. Po pierwsze, bo zabrakło Whiskey in the Jar, a po drugie, bo... o tym na końcu.






















Tym drugim powodem, dla którego zapamiętam ten koncert na długo było solo na perkusji w wykonaniu Michael'a Lee Tommy'ego Aldrige (jak elegancko w komentarzu zauważył niejaki romance "nagminnie spotykamy się z typowym dyletanctwem, dotyczy to faktów zasobu wiedzy o muzyce" - pisowania oryginalna). Widowiskowe i morderczo długie - ze cztery razy myślałem, że to już chyba koniec... W połowie sola pałeczki poleciały daleko w publiczność a Lee Aldrige kontynuował popisy, bez straty dla tempa i energii... grając pięściami! Do stu diabłów (mógłbym zakląć szpetniej, ale po co?), czegoś takiego nie widziałem jeszcze nigdy.










Uf.

Przed Thin Lizzy zagrał nasz rodzimy Kruk. Było i straszno i śmieszno. Ale o tym może później.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Zakładki:
000: skrót
001: mój top
002: linki i sznurki
003: lepsze strony foto
004: najwyższe progi
005: e-prasa foto
006: nie foto
007: dobre słowa

FotoAmatorszczyzna on Facebook

Goście:

Autor: artur.rawicz[at]aster.pl