dodatek ilustrowany do niczego
środa, 30 września 2009
Już rok temu gościł w Polsce i na łamach FotoAmato. Wtedy dałem tytuł "Człowiek o wielkim głosie". W ubiegłym tygodniu Caputo wrócił do Polski z minitrasą i znów mogłem go podziwiać. Niestety, znów w Hard Rocku. Czyli w miejscu w którym akustyk wierzy, że im głośniej tym lepiej, a światła chwilami przypominały te z dyskotek w latach osiemdziesiątych - co i samego Caputo w pewnej chwili nieźle rozbawiło.

Ale nie ma co kwękać, ważne że koncert się odbył, bo na przykład w takim mieście Łódź to ponoć za mało biletów sprzedano i odwołano występ.

Czym różnił się ten koncert od tego sprzed roku? Rok temu nie wiedziałem, że Caputo na żywo to taka wokalna bestia. Że numery z płyt są dodatkowo opancerzane cięższymi riffami i napędzane znacznie mocniejszym motorem perkusyjno-basowym. Teraz to wiedziałem, a i tak dałem się zaskoczyć. I to nie tylko faktem, że Keith (dzięki Bogu!) wystąpił bez kapelusza ;)

Caputo zaskoczył jeszcze wyższą formą wokalną, nieco mniejszym onieśmieleniem, chwilami żartował. No i to, jak zagrał (ze swoim technicznym na gitarze) "Nutshell" z repertuaru Alice In Chains... Gdybym mógł zamknąć oczy, które mi się wytrzeszczyły ze zdziwienia to uwierzyłbym, że słyszę Ś.P. Staley'a. Caputo swobodnie odtworzył nie tylko jego manierę śpiewania ale i barwę jego głosu. Miałem oczy wielkości piłeczek lekarskich.

Wersje "Son of A Gun" (w sumie z 15 minut z psychodelicznymi improwizacjami) czy "New York City" na bis zdmuchnęły, porwały gdzieś wysoko nad miasto...

Wszystkim, którzy przegapili te koncerty Caputo mogę powiedzieć z czystym sumieniem i prosto w oczy: jesteście ciężkimi frajerami.












































Wszystkim, którzy martwią się brakiem festiwalowych materiałów pragnę obiecać - będą jeszcze, będą...

poniedziałek, 28 września 2009
Można nie lubić, można brać na serio, można ośmieszać się protestując jak Ryszard Nowak z Komitetu Obrony Przed Sektami. Można wszystko:) Tylko po co? Czy cyrk też bierzecie na serio? A horrory? No właśnie...

Ale spotkać się Behemothem na scenie to jest coś. To frajda dla oka (dla ucha może nieco mniej, ale są przecież zatyczki). Choć jak ktoś lubi bardzo ciężkie brzmienia, to doceni precyzję i kunszt. To powód, dla których Behemoth sprzedaje się tak dobrze na świecie. Ale nie jedyny.

Tym drugim powodem są świetnie przygotowane koncerty. I mam tu na myśli nie tylko oprawę wizualną. Procentuje również bogate doświadczenie sceniczne. Nergal ultrapewnym i mocnym krokiem wie, po co wychodzi z backstage. W tym całym swoim scenicznym rynsztunku i makijażu. Na co jego dziewczyna mówi "ale śmiesznie wyglądasz", a później na balkonie klaszcze przy niektórych piosenkach...

Stodoła w ostatni piątek pękała w szwach. Trzeszczała. Bilety wyszły wszystkie.


































No, a teraz, dziewczęta i chłopcy, dobranoc.
Ludzie bez poczucia humoru idą do piekła \m/

niedziela, 20 września 2009
Przerwa - tym razem techniczna - w nadawaniu relacji z Open'era. Należy wyjaśnić kilka spraw formalno-prawnych. Zatem szybciutko przeskakujemy nad letnimi festiwalami i koncertami w teraźniejszość.

Wczoraj w Palladium wystąpiła znana francuska formacja Nouvelle Vague. Jej 'znaność' jest szczególna, bo zespół jak na razie nie gra swoich kompozycji a jedynie covery zazwyczaj nowofalowych bandów z lat '80. Tym mniej uważnym przypomnę jedynie ich wykonania "To Drank To Fuck" Dead Kennedys, "Don't Go" Yazoo czy "I Just Can't Get Enough" Depeszów. Ten ostatni numer wykonują z Anią Dąbrowską.

W roli supportu pojawił się sympatyczny jegomość uzbrojony w gitarę i gardło. Mówił, że nazywa się Gerald Toto. Ostatnio robi około 10-letnie przerwy między swoimi płytami. Nazwisko Toto wpisuję do notatniczka - muszę bliżej zbadać człowieka, bo mi się podobało.






Set był krótki i ciepły. Fajnie przygotował atmosferę pod występ coverowiczów.

Z poprzednim koncertem Nouvelle Vague w Polsce wiąże się zabawna historyjka z początków mojej współpracy z pewną redakcją muzyczną pewnego dużego portalu. Któregoś ranka po dobrym wieczorze budzi mnie telefon...

Szef - Gdzie są foty?
Ja - Jak zrobię to będą...
Szef - A kiedy zrobisz? (mając na myśli pewnie postprodukcję)
Ja - Wieczorem
Szef - #$*(%#?
Ja - No, najpierw muszą wystąpić, potem ich sfocę i wrzucę obrazki na serwer, nie?
Szef - Jaki dziś dzień?
Ja - Sobota, a co?
Szef - Oni grali w piątek...
Ja - O kurwa...

Tym razem byłem czujny i udało się złapać kilka obrazków. Patrzcie:






















Czyli wczorajszy koncert był czymś w rodzaju spłaty długu, oczyszczenia. Ale był czymś jeszcze... Ania Dąbrowska miała okazję po raz pierwszy w życiu wystąpić w Palladium. I to od razu jako gość wielkie gwiazdy. Chyba dobra gwiazda świeci nad tą dziewczyną, co widać na poniższym zdjęciu...








Za całego wieczoru jednak najbardziej polubiłem poniższe zdjęcie. Za to, że lekko nie trafiłem z ostrością, za to że takie miękkie. Za to, że chyba najlepiej obrazuje muzykę, jaką proponuje Nouvelle Vague.




Za chwilę NV grać będzie we Wrocławiu, a jutro - w poniedziałek - w Krakowie. Ten krakowski koncert odbędzie się mimo ogłoszonej żałoby.

Wiecie, że w Dwudziestoleciu międzywojennym mieliśmy w Polsce tylko jeden dzień żałoby? Tak, jeden. Po śmierci Piłsudskiego. Teraz mamy ich kilka w roku. Każda po kilka dni. Okropne czasy.
 
1 , 2
Zakładki:
000: skrót
001: mój top
002: linki i sznurki
003: lepsze strony foto
004: najwyższe progi
005: e-prasa foto
006: nie foto
007: dobre słowa

FotoAmatorszczyzna on Facebook

Goście:

Autor: artur.rawicz[at]aster.pl