dodatek ilustrowany do niczego
czwartek, 16 lipca 2009
Dwa tygodnie bez wpisu to - jak twierdzi Jarek Szubrycht - śmierć blogera. Eutanazja. Ale w ciągu ostatnich dwóch, trzech tygodni fotografowałem kilkudziesięciu wykonawców, wykonałem kilka tysięcy zdjęć. Śledziłem śmierć Króla Popu. Byłem na całym Open'erze i na Eko Union of Rock w Węgorzewie, odwiedziłem kilka koncertów w Warszawie. Zasypiam standardowo o 4 rano. Szaleństwo. I tak jeszcze co najmniej do połowy sierpnia. Dziś wyciągam Żoneczkę na Morcheebę, a rano startuję do Jarocina. A jeszcze Hunter Fest, prawdopodobnie Woodstock i na pewno płockie Audioriver. Na Britney nie pójdę ;)

Oto zatem prawdopodobnie ostatnia relacja z tegorocznego Open'era. Prawdopodobnie, bo jeszcze Marcin Bąkiewicz nie pokazał wszystkiego, wymigując się jedynie zbiorem linków do galerii. Udało się więc wyprzedzić jeszcze kogoś, nie tylko szacowne, niewzruszone upływem czasu miesięczniki.

Dobrze, że pierwszy dzień na Babich Dołach był taki rozgrzewkowy. Bo po bezsennej, przepracowanej nocy i kilkugodzinnym romansie z PKP było na serio ciężko. Potem wszystko w jeszcze większym biegu, jak na wojnie. Logowanie się w hotelu, to urocze zakładanie na siebie całego fotograficznego uzbrojenia. Co Pan ma w tych torbach? Procedura akredytacji - opaska, umowy, formularze, zdjęcie do identyfikatora, proszę - oto materiały prasowe... biuro prasowe już działa? Jest kawa?... Bolą mnie plecy. Mimo wszystko uwielbiam to.

Pierwszy koncert na Main Stage. Renton. Przereklamowane nieporozumienie. Pompowani są w mediach bardziej, niż na to zasługują. Ja jestem na nie. Nie-odkrywczym to też trzeba umieć być.








Truchtem do namiotu. The Car Is On Fire dwa dni temu fotografowałem w Hard Rocku. Było wizualnie ładniej, muzycznie - słabiej. Słabiej bo jak dla mnie zdecydowanie za głośno i kiepsko nagłośnione. Wszystko zlepiało się w ciężką, spoconą kulę dźwięku. Ale lecę, bo mimo wszystko lubię, może będzie inaczej? I było zupełnie odwrotnie. Trudniej o zaskakujące zdjęcie, ale za to brzmiało wszystko jak należy. Bardzo udany koncert (a szef muzyki w Onecie mówi, że przereklamowani - wybaczam mu).








Zawracamy i na główną scenę. Basment Jaxx. Tak szczerze, to więcej o nich czytałem niż znałem. Zatem tak jak lubię. Bo poznawanie muzyki na żywo to najlepszy sposób. Nie do końca moja bajka. Ale wielkie plusy za żywiołowość. Ocena pozytywna.










Wreszcie czas na gwiazdę wieczoru. Małpki mają zagrać trochę premierowego materiału. Fanki pod sceną kompresują się w zbity tłum. Większość z nich zdziwiona długością włosów u muzyków. Widać nie tylko fotografowie zarastają. Arcitic Monkeys mogą jednak mówić o sporym pechu. Ale to już wszyscy wiecie. A tłumaczenia Mikołaja Ziółkowskiego nie komentuję, bo nie umiem ocenić całej sytuacji.

Pewne jest to, że od tego koncertu w fosie trzeba było jak ognia unikać kontaktu z kablami, bo groziło to chłostą i ukamienowaniem przez sympatyczną ekipę Alter Artu, która dbała o media. A sam koncert? No Małpki nie specjalnie mnie porywają. I ten koncert tego nie zmienił.














Pierwszego dnia festiwalu koncertów wiele nie zaliczyłem. Jednak na zakończenie czekała prawdziwa uczta. Nasze, dobre, polskie, krajowe, smaczne, euforyczne... Łąki Łan. Pozytywni wariaci. I w sumie na rockowo. Bomba.












Padnięty na ryj zarządziłem odwrót. Przede mną były jeszcze trzy o wiele intensywniejsze dni... zaczynał się Open'er.




Have fun!
Zakładki:
000: skrót
001: mój top
002: linki i sznurki
003: lepsze strony foto
004: najwyższe progi
005: e-prasa foto
006: nie foto
007: dobre słowa

FotoAmatorszczyzna on Facebook

Goście:

Autor: artur.rawicz[at]aster.pl