dodatek ilustrowany do niczego
czwartek, 30 kwietnia 2009
Ulubieniec światowego szołbizu i modny transseksualista. Łatkę "wielkiego odkrycia" przylepiła mu m.in. Bjork. Śpiewał u Lou Reeda, Lou Reed śpiewał u niego. Fascynują go Boy George i Marc Almond. Najwięksi projektanci mody "muszą" sięgać po jego utwory by ilustrować swoje pokazy. Dziś, bez tego murowana klapa. Jego pierwsze kroki jako drag queen oklaskiwali w nowojorskim The Pyramdi Madonna i Andy Warhol. A Wachowscy nakręcili mu najnowszy klip. Antony Hegarty - w pół drogi między mężczyzną a kobietą zatrzymał się na jeden koncert w warszawskim Teatrze Wielkim.

Doceniam szerokie spektrum jego głosu, ale o wiele ciekawsi byli dla mnie muzycy ze styranizowanego przez niego zespołu The Johnsons. Niby to tylko "zespół towarzyszący", ale jak na sześć osób to budowali bardzo rozległe i lekkie konstrukcje muzyczne, pulsujące jakimś nerwowym życiem. I pewnie jestem raczej osamotniony w ocenie, bo Wielki pełen był wyznawców twórczości Antony'ego (choć kilka osób ziewających na początku, czy rozbawianych ujawniło się później). Pewny jestem jednego - wczorajszy koncert chóralnie okrzyknięty będzie wydarzeniem muzycznym stolicy.

Od strony fotograficznej koncert był wyzwaniem większym niż sam budynek teatru. I chyba mu nie sprostałem tak, jakbym sobie tego życzył. Do dyspozycji mieliśmy całe 180 sekund podczas trzeciego utworu. Światło - powiedzmy - dość oszczędne z silną plamą na twarz (gdzieś tak od setnej sekundy). Antony schowany za wielkim, czarnym fortepianem.










Prywata: wielkie podziękowania dla dobrych ludzi z New Music Art Production, Onet.pl i CGM.pl za wsparcie i życzliwość. A pani Nelly R. dziękuję za zrozumienie i przepraszam, że jej zasłaniałem przez chwilę (mam nadzieję, że nigdzie pani nie kandyduje, bo w przeciwnym razie skasuje te słowa - kampanii tu nie będzie).

Miłego!
wtorek, 28 kwietnia 2009
Za namową Mirka Olszówki (na co dzień menadżera Voo Voo) Candelaria Saenz Valiente, Marcin Masecki i Macio Moretti (jeśli przyszedł Ci na myśl ten zespół, to masz rację) zebrali się i najzwyczajniej w świecie nagrali płytę.

Materiał ponoć w trybie bezciśnieniowym (z obiadkami i herbatą) zarejestrowany został przez Zofię Gołębiewską w prawie-że podmiejskiej posiadłości państwa Moreckich oraz pokątnie w Buenos Aires i Waszyngtonie. Potem dane zostały przetransportowane do otwockiego studia Nagrywex, gdzie zajął się nimi Tomasz Duda, miksując co trzeba, by wkroczyć na salony Studia 333, w którym to za pomocą tryliona urządzeń i magnetofonu szpulowego Bartłomiej Kuźniak dokonał masteringu. I to tyle tytułem wstępu.

Wczoraj Paristetris (bo tak brzmi oficjalna nazwa projektu) zaprezentował się pierwszy raz szerszej publiczności w koncertowym składzie w TR Warszawa (bo akurat Kongresowa zajęta pyła przez Maceo Prakera). Przy mikrofonie stanęła Candelaria, Masecki zasiadł za guzikami, Moretti tym razem wiercił się za perkusją (wiedziałem, że bestia utalentowana, ale że aż tak!?), Bartek Magneto zajął się gitarami i innymi bajerami a DJ Lenar kręcił i coś przełączał ciągle. Koncert podobał mi się i nie. Podobał, kiedy jechali w sposób bardziej kontrolowany, nawet kiedy Moretti dostawał ataku szczęścia za perkusją. Nie - kiedy wszyscy muzycy dostawali świra.

Na podstawie informacji prasowych, własnych i zasłyszanych zredagował zespół FA.


























No i tak to wyglądało. Kłaniam się.


niedziela, 26 kwietnia 2009
Pierwsza edycja Blues Rock Jazz Warsaw Festival przeszła do historii. Impreza poza długaśną nazwą, której szyk przestawiam dowolnie, oraz słabym graficznie logo, słabych punktów raczej nie miała. I liczę na to, że odbędą się kolejne edycje. A nazwa, jak i logo niech sobie pozostaną, byleby poziom festiwalu był nie niższy niż w pierwszej edycji. Ach, i życzyłbym sobie więcej odwagi w doborze gwiazd na scenę rockową.

Level 42 w roli największego rockowego wydarzenia imprezy nadal uważam za nieporozumienie. Nie dość, że od ostatniego, raczej kiepskiego plenerowego koncertu w Warszawie minął mniej więcej rok, to Brytyjczycy mają tyle wspólnego z rockiem co Warszawa z obwodnicą. Chyba, że ktoś chciał dać szansę rehabilitacji za tamten koncert (Wianki 2008), to mu się udało. Bo zespół w małym klubie dla nieprzypadkowej publiczności wypadł bardzo dobrze. Świetnie zabrzmiał, odegrał wszystkie szlagiery. Było klaskanie, King z basem o podświetlanym gryfie (ech, te lata 80te), roześmiany i pracowity Lindup za wieloma instrumentami naciskanymi. Był saksofon spinający całą twórczość grupy pod parasolem fusion (po cholerę wymieniać wszystkie te R'n'B, popy, rocki i funky?).

Od siebie dodam tylko, że fotografowanie gościa który tak mocno zamyka oczy, że mu się rozstępy na plecach robią nie jest łatwe. Oj nie. Zatem z moich zdjęć nie poznać koloru oczu Marka Kinga. Sorry.
















Wielu spośród tych, którzy wybrali się na dzień rockowy BRJ przyszło głównie na mistrza Waglewskiego seniora i jego zespół. Wybór kompletnie mnie nie dziwi. Dającego arcyświetne koncerty, zwłaszcza po wybornej płycie, starego dobrego Voo Voo nigdy nie za wiele. Tu podobny problem z oczami, choć przyczyna nieco inna.














Między jazzem a rockiem był jeszcze dzień bluesa. A tu gwiazdą był Joe Bonamassa. Jeszcze kilka lat i może być nas nie stać, na ściągniecie tego muzyka na klubowy koncert. Absolutne objawienie blues-rockowej sceny gitarowej. Ten - w sumie gówniarz - od czwartego roku gra na gitarach. W wieku lat dwunastu supportował z zespołem (dorosłych) muzyków samego B.B. Kinga, po czym został przez niego zaproszony na scenę. Wyczytałem, że jako czternastolatek założył zespół z synami: Milesa Davisa, Robby Kriegera (The Doors) i Berry'ega Oakley (Allman Brothers Band). Słabo?

Słabo jednak jeśli chodzi o plastykę występu. Kiczowaty wizerunek podkreślony bardzo kiepskim oświetleniem (ostre punktowe światło) mocno kontrastował z niesamowitymi umiejętnościami artysty. Koncert świetny, chłopak wie, jak obsłużyć gitarę i robi z nią co chce. Ot, tak na zawołanie. Możemy powiedzieć, odwiedziła nas przyszła ultralegenda światowej muzyki. Zakład?




Have fun!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Zakładki:
000: skrót
001: mój top
002: linki i sznurki
003: lepsze strony foto
004: najwyższe progi
005: e-prasa foto
006: nie foto
007: dobre słowa

FotoAmatorszczyzna on Facebook

Goście:

Autor: artur.rawicz[at]aster.pl