dodatek ilustrowany do niczego
sobota, 28 lutego 2009
Wczoraj w Studio Buffo odbyło się nagranie akustycznego koncertu Wilków dla MTV Unplugged. Uznałem, że cała impreza ma związek z drugą rocznicą istnienia FotoAmato i w związku z tym Gawliński z kolegami przypomną w nowych zaskakujących aranżacjach (jak poprzednio Hey) materiał z pierwszej płyty... Pamiętam wrzesień 1992 roku kiedy zaawansowanego wówczas licealistę, święcie wierzącego, że w krajowej muzyce to już nic dobrego nie może się wydarzyć kompletnie zaskoczył debiutancki krążek Wilków. Wow. Nikt wówczas tak nie grał. Poza tym nawet jeśli grał, to i tak nie wydawał, po piractwo itd, itp... I nagle bach! Eli lama sabachtani, Erol, Son of the blue sky...

Jadąc do Buffo na to właśnie liczyłem i jednocześnie bałem się, że Gawliński zechce jednak schlebiać mniej wybrednym i wyć o fajnym biuście Baśki czy lecieć, bo che... No i poleciał. Niewiele było dla mnie. Więcej dla młodocianego fanklubu. Wyszedłem w połowie zmęczony nie czekając na afterparty.

W notatniku fotografa odnotuję fakt, że gromadka akredytowanych fotografów maiła dla siebie do dyspozycji jakieś półtora metra kwadratowego, dokładnie vis'a'vis sceny. W linii prostej: mój nos, obiektyw, mikrofon i oddalony o 20 metrów nos Gawlińskiego przykutego z gitarą do barowego stołka. Dokładnie za nim potężny reflektor. A między nami... firanki! Pierwszy raz w życiu przyszło mi fotografować koncert przez firankę (pal licho tłoczenie się w jednym miejscu dziesięciu osób próbujących cokolwiek sfotografować...). Więcej szczęścia mieli wybrańcy, którzy mogli swobodnie przemieszczać się po sali (oczywiście za linią kamer). Doświadczenie z firanami wpisuję sobie do fotograficzego cv.








Kiedy zerwano już te cholerne firany (do tej pory nie wiem, czemu one miały służyć?) miałem czas, by na luziku, przez jakieś 1,5 piosenki poćwiczyć strzelanie z pozycji stojąc bokiem (pamiętacie - 10 fotografów na powierzchni dwóch ręczników kąpielowych).















Jako gość obok Gawlińskiego pojawiła się Kasia Kowalska w stylu country (wiecie, jeansy, kapelusz, skóra przy statywie). Po tej pieśni ewakuowałem się.

Wilkom wypadły zęby już dawno. Dlaczego akurat im zaproponowano trzecie w historii polskiego MTV nagranie Unplugged? Nie wiem. Ciągle żal mi tego debiutu.

Have fun!

PS: swoją drogą, ma ktoś CD z pierwszą płytą Wilków? Chętnie bym odkupił i sprawdził, czy to się jeszcze dziś broni?
piątek, 27 lutego 2009
Tytuł jest mylący i ma jedynie przykuć uwagę. Wczoraj po raz drugi w tym tygodniu Myslovitz kompletnie zakorkowało warszawskie Palladium. Tym razem supportowane było przez obchodzące w tym roku dziesięciolecie Pustki. A Pustki z koncertu na koncert podobają mi się coraz bardziej. Bywalcom stołecznych koncertów nie trzeba ich przedstawiać, można jedynie polecić jeszcze sztukę "Cokolwiek..." w TR Warszawa, gdzie Pustki robią na żywo muzykę do spektaklu.

Z Pustkami na scenie jest jeden zasadniczy problem. Ten problem nazywa się Basia Wrońska i polega na trudności w ciekawym sfotografowaniu jej w akcji. Bowiem sympatyczna Basia przez cały set schowana jest za wielkim instrumentem naciskanym, a to, co z Basi wystaje nad instrument zazwyczaj chowa się za mikrofonem lub nisko pochyla nad guzikami. Można oczywiście próbować podejść Basię z boku, ale to już było. Nie raz.
















Rojek i spółka wracają na scenę po długim urlopie tacierzyńskim. Plaga ojcostwa spadłą na zespół. Wymuszona przerwa dała świetne rezultaty. Widać wielki ciąg do grania, czuć iskrę bożą, słychać wielką radochę z obcowania z instrumentami. Myslovitz są w świetnej formie. Dojrzali a nadal żywiołowi jak dzieciaki. Podczas aktualnej trasy można delektować się całkiem tłustą setlistą. Jest ładnie skomponowana i jest na niej wszystko, czego można oczekiwać od Ślązaków. Rafał pyta się - czy zaproszenie Myslovitz na jakiś czeski festiwal byłoby dobrym pomysłem - po zastanowieniu się odpowiadam: tak! Uzasadnienie: anglojęzyczny krążek 'Korova Milky Bar'.

























I niepokoi mnie tylko jedno. Pamiętam, że tak niedawno mówiło się o Myslovitz jako o nadziei polskiej sceny niezależnej... tak niedawno.

Bless!
środa, 25 lutego 2009
Małe spojrzenie we wsteczne lusterko. Mamy 19 lutego 2009. Ochłonęliśmy po koncercie Black River i musimy odnotować ekspansję kulinarnej telewizji na polskie sceny i estrady. Rogucki na koncertach promujących najnowszą płytę Comy... gotuje rosół. Widać zapędów aktorskich nigdy się nie wyzbędzie. Hipertrofię przesłuchałem raptem ze dwa razy. Zapamiętałem solidne muzyczne cytaty z RATM. Jednak do Comy na żywo ciągle mam jakieś zastrzeżenia. To, co proponują nie jest to dla mnie zupełnie szczere. Jest strasznie pozerskie. A do samego idola nastolatków podchodzę jak pies do jeża.

Comę live widziałem kilka razy, i zawsze odnosiłem wrażenie, że poza krzykiem Roguc nie jest w stanie wiele zaprezentować. Aż do pewnej styczniowej niedzieli, kilka tygodniu temu, kiedy to nie zdążyłem na ich koncert do Studia im. Agnieszki Osieckiej i zamiast fotografować koncert odsłuchałem go sobie spokojnie przez radio. A że inżynierowie z Myśliwiejckiej na swojej robocie się znają (a granie z playbacku jest passe) to usłyszałem Roguca, który musiał częściej śpiewać niż wrzeszczeć. Usłyszałem go w optymalnej dawce decybeli, bez konieczności stosowania stoperów, w świetnie wysterowanej przestrzeni dźwiękowej. Usłyszałem jak okrutnie fałszuje. Od tej pory tworzymy taki mały ekosystem: on jeż, ja pies.





Fanom Comy, zanim mnie zjedzą zamiast rosołu, obiecuję pochylić się jeszcze nad żółto-czarną płytą bez uprzedzenia się do niej.

Załogą, która jako pierwsza pojawiła się tego wieczoru na deskach Stodoły był Qube z Lublina. Ich solidne, ciężko-rockowe granie podobało się nie tylko mi. Może bez zwalania na kolana, ale uczciwie przyznać trzeba, że udźwignęli ciężar Stodoły. Jednak skutecznie spieprzyli swój występ wpuszczając na scenę dwóch chłopców z kamerami (aparatami?), którzy szczerząc zęby, wpatrzeni w wyświetlacze LCD, snuli się smętnie między szalejącymi muzykami. Wszystko, co zbudowali muzycy zburzone zostało przed tych pseudo-operatorów. Ludzie się śmiali, fotografowie klęli. Szkoda. Mam nadzieję, że poza miłą pamiątką chłopcom z Qube zostanie również pewna nauczka.





Have fun!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
000: skrót
001: mój top
002: linki i sznurki
003: lepsze strony foto
004: najwyższe progi
005: e-prasa foto
006: nie foto
007: dobre słowa

FotoAmatorszczyzna on Facebook

Goście:

Autor: artur.rawicz[at]aster.pl